Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Bo tylko w Indiach jedna rupia jest czasem warta sto rupii...

Jaipur (stolica Rajasthanu) jest znany ze swoich licznych zabytków, które są oblegane przez turystów. Oczywiście wszystkie one są warte zobaczenia, ale czasem nie zaszkodzi nieco zwolnić i rozejrzeć się po mieście, z reguły dostarcza to znacznie więcej przygód, niż podziwianie kolejnej kolumny w pałacu i kolejne zdjęcie na tle znudzonego wielbłąda.  

Tym razem postanowiłem przejść się wieczorem po rynku Jaipuru- znanym także jako Pink City (dosłownie Różowe Miasto- uwaga wbrew pozorom wszystkie budynki są tam różowe; Stare Miasto). Chodzenie między straganami pełnymi wszystkiego co świecące, plastikowe, błyszczące, czasem tandetne, czasem dość unikalne to fajne przeżycie. Dookoła masa sprzedawców, oczywiście każdy chce zaoferować „very gud prajs and very gud qualiti”. Jak zwykle robiłem zdjęcia wszystkich ulicznych sklepów, ludzi, zwierząt i tego co nadaje klimat indyjskiej ulicy. Że czasami pytam się o zgodę, tym razem zapytałem starszego mężczyznę sprzedającego przyprawy. Nie tylko z uśmiechem się zgodził, ale i poprosił żebym z nim usiadł.


Po chwili przyniósł stos dokumentów. Nie za bardzo wiedziałem o co chodzi.

Okazało się, że bez przerwy od 1981 roku zaprasza on turystów ze wszystkich stron świata do zrobienia sobie z nim zdjęcia.  


Następnie każdy turysta powinien mu takie zdjęcie wysłać. Jak dotąd dostał on kilkaset listów z całego świata- w tym jeden z Krakowa!

To właśnie tego typu niespodziewane wydarzenia dodają chęci do życia. Indie czasami męczą i przytłaczają, podczas takich chwil wszystko wydaje się jednak inne, jakieś takie fajne. Miło jest spotkać kogoś kto nie patrzy na Ciebie jak na chodzącą portmonetkę (co więcej odróżnia Poland od Holland!), a przy tym chce porozmawiać. Oczywiście po powrocie do naszego pięknego kraju Pan dostanie ode mnie pocztówkę, ale jeśli ktoś z Was byłby skłonny uszczęśliwić go to możecie mu też wysłać :)


Po krótkiej, acz miłej rozmowie znikąd (jak to w Indiach) pojawił się człowiek, który chciał zaprowadzić nas do sklepu zlokalizowanego w jakiejś ciemnej uliczce, nieco na uboczu- obiecując, że nie będziemy żałować. Nauczeni doświadczeniem (w podobnych miejscach np. w Varanasi można kupić dosłownie „wszystko”) podziękowaliśmy, oczywiście obiecując, że wrócimy za 10 minut- inaczej by się od nas nie „odkleił”.
To nie koniec przygód. Zakupy na straganie to żywioł każdego kto lubi się targować.

Czasem fajnie targować się dla samej sztuki- tym razem mój przyjaciel postanowił jednak sprawić prezent swojej siostrzenicy. Nie mogliśmy się dogadać ze sprzedawcami- ich cena (po 10 minutach targowania się)  za zestaw ubranek dla 10-latki wynosiła 500 rupii (ok. 30 złotych) my chcieliśmy to kupić za 400. Nikt nie chciał już dalej zejść ze swojej pozycji. Wtedy wpadliśmy na pomysł- rzucimy monetą- najlepiej o nominale 1 rupii (zwykły kawałek metalu- nawet w Indiach bez żadnej wartości) ten czyja strona wypadnie, zadecyduje o cenie. Los chciał, że wypadło nasze- 400 rupii. Sprzedawca wprawdzie nalegał, aby zrobić to jeszcze raz i był strasznie niezadowolony, powtarzając jak mantrę, że mu się nie opłaca (wiedzieliśmy, że i tak przepłacamy), ale w końcu to szczęście zadecydowało, a wobec takiej mocy my- zwykli ludzie jesteśmy przecież bezsilni.
Tylko w Indiach jedna rupia jest czasami warta 100 rupii


wtorek, 18 grudnia 2012

5 miesięcy w Indiach, małe podsumowanie

To już ponad 5 miesięcy spędzonych przeze mnie w Indiach. Jak zapewne zauważyliście ten blog nie jest poświęcony jednemu tematowi, piszę o tym co wydaje mi się ciekawe, albo nowe. To chyba jednak dobry moment na małe podsumowanie. Generalnie ciężko jest opisać Indie i odpowiedzieć na pytanie „co myślisz o Indiach”?, albo „jakie są Indie”? Obrazki lepianek krytych strzechą stojących obok centrów handlowych zbudowanych ze szkła mieniącego się w słońcu to normalność. Mogę się jednak pokusić o kilka punktów, przy czym są to tylko moje odczucia z którymi można się nie zgadzać:

Po pierwsze, powszechna znajomość języka angielskiego jest mitem. Według badań statystycznych ok. 10% populacji zna język angielski, istnieje jednak kilka „ale". 
Oczywiście osoby należące do klasy wyższej oraz wielu przedstawicieli klasy średniej operuje angielskim swobodnie dowodem czego jest fakt, że wydawanych jest w Indiach wiele gazet anglojęzycznych, ale najpopularniejsza z nich zajmuje dopiero 10 miejsce wśród najchętniej czytanych. W przypadku ludzi należących do klas niższych często jest to język angielski ograniczający się do kilku zwrotów w stylu „Hello mister where do you want to go? (Heloł myster, łer do ju łont tu goł)”. Podobnie z urzędnikami państwowymi średniego szczebla- często, aby zrozumieli co chcemy im przekazać musimy wymówić angielskie słowo z indyjskim akcentem. Ludzie młodzi często znają język angielski- wielu na bardzo dobrym poziomie, w przypadku osób starszych generalnie jest to jednak rzadkością. Znajomość indyjskich języków jest więc jak najbardziej wskazana, nawet na poziomie minimalnym, gdyż często zapewnia to obniżenie ceny na targu i generalnie ułatwia życie.
Indyjska ulica, Hyderabad- fot. Konrad Leszczyński
Po drugie, jeśli nie umiesz używać łokci ani krzyczeć to niczego nie osiągniesz. Jak wszyscy wiemy w Indiach jest naprawdę dużo ludzi i szczególnie na stacji kolejowej, albo w metrze ludzie zupełnie nie zwracają na siebie uwagi owładnięci owczym pędem. Dlatego jeśli nie wykażesz odpowiedniej determinacji np. w kolejce ludzie z reguły bez mrugnięcia okiem będą się starali zająć miejsce przed tobą. 

Po trzecie, biurokracja i biurokracja przeplatana biurokracją. W sierpniu opisałem Wam jak wyglądał mój pierwszy dzień, kiedy to biegałem z różnymi dokumentami z punktu A do punktu B. Niestety od tego czasu musiałem jeszcze kilka razy zmierzyć się z indyjską biurokracją i zapewniam, że nie było to nic przyjemnego. W społeczeństwie indyjskim cieszy się ona jednak niesamowitym prestiżem i jakakolwiek „government job” to wymarzona praca większości indyjskich studentów.

Po czwarte, ludzie w Indiach cenią sobie obcokrajowców i to nawet bardzo. Tak więc nieświadomy turysta płaci wszędzie więcej. Kierowca autorikszy widząc, że jesteś biały zawsze poda Ci cenę co najmniej 2-3 razy wyższą od normalnej (kiedyś podczas przechadzki po centrum Delhi jeden z kierowców zaoferował mi cenę za przejazd 20 razy wyższą od normalnej), za wstęp do większości zabytków zarządzanych przez państwo obcokrajowcy płacą co najmniej 20 razy więcej niż obywatele indyjscy (rekord Taj Mahal- miejscowi 10 rupii, obcokrajowcy 750). Rozwiązanie problemu nie jest jednak z reguły aż tak skomplikowane jak się może wydawać bo np. autoriksz jest w Indiach na pęczki- gdy tylko oddalisz się z wyrazem dezaprobaty na twarzy od jednego kierowcy on sam zacznie za tobą podążać i momentalnie zaoferuje ci „zniżkę”. Co do atrakcji i muzeów pozostaje jednak pytanie wzajemności, bo z tego co mi wiadomo obywatele indyjscy nie płacą 20 krotności ceny za wejście do muzeum w Europie.

Po piąte, Indie nie są aż tak tanie jak Ci się wydaje. To znaczy Indie mogą być i tanie i drogie. Jeśli jesteś backpackerem i nie wymagasz luksusów  to nie ma problemu. Przykładowo cena biletu  kolejowego w najniższej klasie na dystansie Delhi- Amritsar (ok. 460 kilometrów) nie przekracza 10 złotych. Jedzenie na ulicy? Czemu nie. Ale jeśli chcesz mieszkać w pokoju, w którym nie będą po Tobie w nocy chodzić różne małe żyjątka to musisz płacić, często nawet więcej niż w Polsce. Indyjski średni standard jest bowiem niższy od polskiego standardu minimum. 

                                 


Po szóste, Indie dla każdego są inne.  Można powiedzieć o nich wszystko, co więcej z reguły każda opinia jest prawdziwa:

Indie są biedne- oczywiście, według niektórych szacunków nawet 40-50% populacji żyje poniżej progu ubóstwa. 

Indie są bogate- oczywiście, że tak. Indyjska klasa średnia to obecnie co najmniej 300 milionów ludzi, co daje nam prawie populację USA. Zachodnie sklepy, Mcdonaldy nie są w Indiach niczym nowym- co więcej znajdują popyt.

Indie są przyjazne dla obcokrajowców. Zdecydowanie tak. Ludzie widząc białego często się uśmiechają, pytają skąd jesteś, nie skąpią „Welcome In India”. Kiedy coś się dzieje możesz ich poprosić o pomoc.

Indie są nieprzyjazne dla obcokrajowców. Podobnie jak w każdym miejscu na świecie możesz znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Niektóre dystrykty np. Biharu są kontrolowane przez mafię

Wiele zależy od Twojego nastawienia i szczęścia.  Może być akurat słoneczny dzień, wizyta w jakimś fajnym miejscu- powiedzmy Fatehpur Sikri i ogólnie wszystko pięknie. Równie dobrze może być jednak upalnie gorąco, a ty szukasz transportu w normalnej cenie i musisz targować się 15 minut żeby nie dać się obedrzeć ze skóry.

Czy polecam wyjazd do Indii? Zdecydowanie tak- jest tu naprawdę wiele fajnych rzeczy do zobaczenia i jeśli zależy ci na  przeżyciu przygody to Indie są do tego celu jak najbardziej odpowiednim miejscem. Jest jednak tym razem duże ALE Indie widziane z okna autokaru przez dwa tygodnie są sztuczne. Polecam wyjazd na nieco dłuższy czas, gdyż można zrozumieć dzięki temu znacznie więcej miejscowych zawiłości.